Strona o Fryderyku Chopinie - Hołdy dla Chopina
  Start (Wszystko o Chopinie)
  => Życie
  => Biografia
  => Twórczość
  => Epoka Chopina
  => Rodzina Chopina
  => Hołdy dla Chopina
  Tradycja Chopinowska
  Konkursy
  Kontakt

"[Paryż] Z Wtorku na Środę, 17 [października], druga w nocy [1849] Podwal No 526. O mój najdroższy, już go nie ma - zdrowa jestem i Ludka - i ściskam was w duszy. Pamiętaj o matce i Izabeli Adieu".

[Ludwika Jędrzejewiczowa do męża]

 

"Biedny nasz przyjaciel skończył życie - dużo on cierpiał nim doszedł do tej ostatniej chwili ale cierpiał z cierpliwością i angielską rezygnacją. - Żona Pańska pielęgnowała go przykładnym sposobem - Bóg daje Jej ogromne siły fizyczne i moralne - Kazała Panu powiedzieć że za parę dni napisze ze wszelkimi szczegółami - Prosi ona aby się Pan nie troszczył o niej przyjaciele Chopina będą jej pomagać do ułatwienia interesów - a co do drogi mówi ona że będzie mogła podróżować sama. Nie mam siły abym dalej Panu pisała, tylko serce mi każe powiedzieć że wypełnię sumiennie obietnicę czynioną Panu i umierającemu przyjacielowi i że zajmę się żoną Pańską jęk że by była moja własna siostra.

Proszę przyjąć wyraz rzetelnego szacunku

Marcelina z Radziwiłłów Czartoryska"

[Wspólny list Ludwiki Jędrzejewiczowej i Marceliny Czartoryskiej z 17 października 1849 roku do Józefa Kalasantego Jędrzejowicza]

 

"Niezmordowany do ostatnich chwil życia, nieustawał w pracach, a słabość jego, która go strawiła, poczęła się z uczuć, jakimi go wielkość muzykalnej poezji przejęła. Szopen, bez zaprzeczenia, konał od lat kilku, i w tym konaniu rozdzierał serca i łzy wyciskał tak współrodakom, jak też i obcym. Smutna wiadomość o śmierci Szopena w ślad za sławą, wkrótce po całym obiegnie świecie, i pewno nie jedno, nawet z pozamarza prześle mu westchnienie. Zmarły, oprócz matki zamieszkałej w Warszawie, i dotąd żyjącej, oraz Sióstr rodzonych: Ludwiki, małżonki Józefa Kal: Jędrzejowicza, Doktora filozofii i Profesora Instytutu Agronomicznego w Marymoncie; i Izabeli, małżonki Antoniego Barcińskiego, Magistra filozofii, b. Naczelnika w Wydz: Górnictwa; pozostawia jeszcze chrzestnego Ojca w Osobie Radcy Tajnego Hr. Fryderyka Skarbka; niemniej prawie wszystkich Znajomych w Warszawie, którzy wspólnie z Rodziną długo płakać nad usypaną na obcej ziemi mogiłą rodaka".

[25 października 1849, Kurier Warszawski nr 282]

 

"Ze wszystkich tegoczesnych artystów, Chopin najmocniej zajął duszę i umysł kobiet. Uczennice jego, a ma godne sobie, kochały go jakąś niby macierzyńską miłością: otaczały go uwielbieniem zapały lecz i poszanowania wspólne, tak dalece muzyka jego uczciwą i czystą przenikała je mową. Niestety! utraciły go i płaczą po nim! Patrzyły jak gasnął, oczy mu zamknęły! Mniemano że skonał; on ocknął się i prosił jeszcze o Requiem! Jedna z najmłodszych jego uczennic siadła tedy do fortepianu i odegrała Requiem Mozarta, jak je grał sam Chopin, przed siedmiu czy ośmiu laty. Na bledniejącej jeszcze twarzy jego widać było, że słucha żałosnej nuty..... Za ostatnią nutą oddał ducha? Piękna to i rzadka rzecz być opłakiwanym przez tyle pięknych oczu, które nie kryją się ze łzami! - Uczennice jego złożyły się na wybicie złotego medalu ku jego pamięci. Ksiądz Deguerry kazał złożyć ciało wielkiego artysty w sklepach swojego kościoła. - W tej chwili powtarzają marsz pogrzebowy, który Chopin napisał umyślnie na swój własny pogrzeb. - Arcybiskup Paryża, zdziwiony i wzruszony tylu łzami, pozwolił, co uważano za rzecz niepodobną, żeby Requiem Mozarta odśpiewane było w sam dzień egzekwii, i kobiecymi głosami - przez panią Viardot!"

[30 października, Nr 288 Gazety Warszawskiej, przedruk z Journal des Débats z 22 października, żałobny artykuł pióra Jules Janin, fragment - zakończenie]

 

"Twarz jego pociągła, nos orli, usta małe, oczy melancholiczne niebieskie, czoło wysokie i powierzchowność tak delikatnego człowieka, jak jego serce, jak uczucia, jak utwory przemawiające do duszy, pozostaną na długo dla każdego pamiętne. W Niemczech i Francji wiele bardzo wyszło jego litografii tak na nutach, jako też i w osobnych odbiciach. Najznakomitsze pod względem trafności wyszły w Dreźnie, wyobrażające go z rękami założonymi, z fac-similem i podpisem: pinx et lith: Maria, następnie w Paryżu, Album des pianistes na rok 7 t.j. 1834, gdzie się znajdują owe piękne trzy jego Nokturna. Dwa medaliony, 1szy razem z fortepianistą Hillerem, z fac similem obu; 2gi sam, dzieło Bovy 1837 r., najznakomiciej wykończony i trafiony, z napisem z boku Frederic Chopin, i podpisem Autora. Tego ostatniego mnóstwo jest odcisków gipsowych w Anglii, Francji i Niemczech. W Berlinie przerysował ten artystyczny medalion F. Schaner, z podpisem naszego ziomka. Rysunek ten jest tak z talentem zrobiony, jak sam medalion i tak powierzchownie ludzcy, że się zdaje być prawdziwą płaskorzeźbą. Medalion o którym mowa, był jeszcze zrobiony na ostatniej wystawie paryskiej en camée przez P. Remy, do broszy; o nim to dzienniki tak chlubnie wspominały, a Anglicy z powodu bytności Szopena w Anglii, wiele exemplarzy tegoż zamówili. Był on umieszczony między Szatobriandem, a Kawanjakiem,u spodu zaś panna Rachel. Tegoż Bovy jest biust Szopena w małym formacie trafiony, ale już widać słabość i tęsknotę na jego twarzy. Najznakomitsi Artyści francuscy malarstwa, jak Żak i Scheafer, 1szy wiele miniatur, 2gi obrazów zrobił, zostawiając oryginalne roboty u siebie, na znak uwielbienia talentu. Znana Autorka Sand wyrysowała go kilka razy doskonałej trafności. U Francuzów gdzie nic nie ginie, zrobiono rękę lewą Szopena, jako nieporównaną w biegłości muzycznej, i wiele Dam paryskich przyciskało tą ręką tajniki serc swoich. Te są pamiątki, które oprócz nieporównanych dzieł pozostały po Szopenie."

[Kurier Warszawski, nr 288, 31 październik]

 

"A teraz, kiedy ostatnia nić wiążąca go do życia pękła, a struny jego arfy zamilkły na zawsze, czyliż znikąd dla nas pozostałych nie zejdzie pociecha? czyliżby ten cudowny zdrój muzyki miał wyschnąć bezpowrotnie? - Nie! bo ulatując ku krainie, do której za życia wzdychał, jako promienny ślad po sobie rzucił z wieńca swego garść kwiatów na tę ziemię, sobie ku chwale, a nam ku osłodzie. Do nich więc, do nieśmiertelnych dzieł jego niech się zwróci, kto teraz ulgi w smutku pragnie; niechaj zasiędzie do fortepianu, niech otworzy księgę jego zadumań, a za dźwiękiem instrumentu każda nuta odpowie mu: Zaprawdę, przyjacielu, porzuć tę żałobę - Szopen nie umarł!"

[nekrolog żałobny Oskara Kolberga]

 

"Po cóż nam mówić, że Chopin zostawił dwa wielkie koncerty, 42 mazury, mnóstwo etiud; on mógł zostawić tylko jedno dzieło, a to wystarczyłoby do zrobienia go nieśmiertelnym, byle wyraziło całą jego potęgę. Dla nas jednak największy udział w jego dziełach. To co ludzkie w nich, to inni zrozumieją, ale to, co nasze, to my uczujemy tylko, my zrozumiem. Francuz najpoważniejszy, Niemiec najtęskniejszy przełoży etiudę nad mazury; my tylko jedni pojmiemy głos ostatnich".

[Gazeta Warszawska, nr 293 i 294, 5 i 6 listopada 1849]

 

"Tydzień temu, jak w Kościele Św. MAGDALENY, w Paryżu, odbyło się żałobne Nabożeństwo za duszę ziomka naszego Szopena. Mnóstwo artystów i znajomych zmarłego, napełniło Kościół, do którego wchodzono tylko za biletami. Największa prostota przewodniczyła temu obrzędowi, odznaczającemu się także i wykonaniem Rekwiem, przez P. Viardot. Najdroższą jednak ze wszystkich pamiątek po zmarłym Szopenie, otrzymała jego rodzina, albowiem w ostatnich chwilach życia swego, objawiając konającym już głosem ostatnią wolę, przekazał jej serce swoje. Drogi ten szczątek wkrótce już jak nam wiadomo, ma być do Warszawy sprowadzony".

[Kurier Warszawski, nr 296, 9 października 1849]

 

"Sznury całunu nieśli Meyerbeer, Eugenii Delacroix, Franchomme i Pleyel; cały sztab główny paryskich wirtuozów szedł za karawanem, a śmiertelne szczątki Fryderyka Chopina złożone zostały w pobliżu grobów Cherubiniego, Habeaecka, Marii Milanollo. Podobno Clesinger zrobił pyszną płaskorzeźbę do jego grobowca. Spoczywaj w pokoju, piękna duszo, szlachetny artysto! nieśmiertelność zaczęła się dla ciebie, a lepiej wiesz od nas, gdzie, po smutnym życiu na tym padole, znaleźć wielkie myśli i wzniosłe natchnienia!"

[Teofil Gautier, Paryż: La presse, Warszawa: Gazeta Warszawska, nr 301, 13 listopada 1849]

 

"I stało się! - pisał pan Józef w swym obszernym artykule - znikł Szopen, a łzy po nim gorzkie są i potrójne, bo łzy rodziny, łzy muzykalnego świata i łzy każdego artysty. Znajdzie się niebawem jeden z tych ostatnich, tam, gdzieś Szopenie kości swoje złożył, co obliczy potęgę geniuszu twego, co skreśli mistrzowskim piórem dziwy natchnień twoich. Lecz pozwól, szanowny Cieniu, i na nieudolne słowo jednego z tych, którzy w rodzinnym kraju, gdyś jeszcze w nim gościł, podzielali wiek twój młodości; jednego z tych, co cię poszli szukać na Galijskiej ziemi, dla odnowienia sobie uroku talentu twego, a po rozstaniu się z tobą żywili duszę karmem wspomnień przywiezionych od ciebie a sterczących do kresu życia; na koniec, jednego z tych, co ich łzy nigdy nie zatoną w głębi Letejskiej, nie wsiąkną w grób zapomnienia.(...) Samodzielnym będąc, Szopen do końca nim pozostał; ani go pedantyzm niemiecki nie zesztywniał, ani słodycz włoskiej melodii nie zniewieściała, ni go lekkość francuskiej muzyki do czczości nie zniżyła. Ten sam typ talentu, który kiedyś w pożegnalnych jego koncertach Warszawian czarował, później Paryż zachwycał, stał nieprzenikniony, jak bazaltu skała; różne szkoły i typy rozbijały się o niego i nie odstąpił mistrza aż do grobu. Typ ten niezachwiany talentu Szopena, ile wzniosły, cudowny, na głębią uczuć działający, tyle nie wątły, nie przechodni, nie zużyty, a nieśmiertelny; bo w jego utworach myśl mieszka, a myśl nie przestanie być myślą. Skoro z pianistów on jeden myślą nas darzył; on jeden tylko z nich był poetą".

[Józef Brzowsi, Gazeta Warszawska, nr 299, 11 listopada 1849]

 

"Jeden z dzienników francuskich, mówiąc o grze zmarłego Szopena, tak się między innymi wyraża: Nie był to ani zapał Liszta, ani wzniosłość Thalberga, ani klasyczna powaga Cramera, ani trzymane na wodzy uniesienia Kalkbrenera, ani wreszcie wdzięk i lekkość Marii Pleye. Gra Szopena odznaczała się jakąś poetyczną swobodą, której cały urok czerpał pod wpływem genialnego natchnienia; jeden i tenże sam ustęp wykonany przez Szopena, w dwóch odrębnych chwilach, zdawał się być za każdym wykonaniem, zupełnie nowym utworem. Szopena można było tylko ocenić w salonie, w wobec szczupłego grona znawców, wśród największej ciszy i z natężoną ciągle uwagą. Wtenczas to ten Artysta zlewał swą duszę z duszą słuchacza, porywał ją, i na wzór Mistrza magnetyzmu przejmował obecnych tym płynem poetycznym, jaki wydobywając się z jego palców natchnionych, usposabiał nawet najmniej poetyczne natury do pojęcia idealnej muzyki".

[Kurier Warszawski, nr 300, 13 listopada 1849]

 

"Przyjaciele, uczniowie, znajomi, oraz wszyscy wielbiący talent zmarłego Szopena, ustanowili między sobą zbieranie składek na wzniesienie w Paryżu pomnika, dla uwiecznienia pamięci tego Mistrza XIX stulecia. Wykonanie tego dzieła poruczono znakomitemu Rzeźbiarzowi Clesinger, Zięciowi Pani Sand."

[Kurier Warszawski, nr 304, 17 listopada 1849]

 

"P. Clesinger, znakomity tego wczesny rzeźbiarz Paryski, będąc obecny w ostatniej chwili śmierci Szopena, zamknął się po powrocie do domu w swojej pracowni, i nieopuścił tejże pierwej, dopóki nie wykonał figury trzymającej połamaną lirę. Figura ta alegoryczna, przedstawia duszę Szopena, która opuszczając świat ziemski, przenosi się do wieczności. Ci którzy mieli sposobność oglądania tej osobliwości, okrzyknęli ją arcydziełem".

[Kurier Warszawski, nr 326, 10 grudnia 1849]

 

"Cywilizacja, czyli to, co tak zwiemy, wszystko stopniowo podnosi a raczej przemienia. Jej to sprawą niesłychane już rzeczy ludzie porobili: zbadali ziemię i w niebo zajrzeli; związali powietrze i ogniem władają; splądrowali wód głębiny, a nawet promienie słońca ważyć umieją! A cóż na tym zyskali dla serca, dla bytu nawet? Mędrzec mówi: znać samego siebie, to największa mądrość; a więc ludzkość niezmiernie w mądrości postąpiła. Już coraz jaśniej nędzę swoje widzi; coraz jej okropniejsza przepaść. To jest rzeczywistość! a jej ideał w Szopena dziełach, którymi podobno więcej uczynił przysługi ludzkości (byle je tylko nauczyła się rozumieć), niż kruszące chwiejące się za każdemu uderzeniem młotka praktyki, teorie filantropów. Gdybyśmy kochali bliźniego jak siebie, nie byłoby tak źle na świecie; więc ludzie bez serca, idźcie do dzieł wielkiego artysty po jednej kroplę miłości, on wam pokaże co to cierpienie, co to rozpacz; własnym nauczy jej was przykładem. Idźcie i patrzcie na to, czego nie znacie; poznawszy, cudzą rozbolejecie rozpaczą i pokochacie geniusz, który wasze serca uszlachetni. Wszyscy cierpiący już go kochają jak brata! To jest tajemnica tego ubóstwiania niemal artysty przez tych, którzy go pojęli choć nie znali: bo to dowód tej dobroci serca i wylania, o których się nie mogą rozpowiadać ci, co go z bliska widzieli. Zaiste! człowiek tworzy na obraz i podobieństwo swoje. Tu także najistotniejsza zdobycz muzyki za Szopena sprawą".

[Józef Sikorski "Wspomnienie Szopena" s. 538-539; 1849]

 

"Lecz jeżeli tego rodzaju wspomnienie jest niejako oddaniem należnego hołdu zmarłemu, któż więcej do tego mógł nabyć prawa, jak nieodżałowanej pamięci współziomek, który zabłysnąwszy sławą po całej Europie i po za jej obrębem, rozstał się z nami na zawsze. Te więc słów kilka poświęcamy pamięci Fryderyka Szopena, którego nam rok 1849 wydarł w kwiecie wieku i całej potędze nieporównanego talentu".

[Kurier Warszawski, 31 grudnia 1849]

 

"Niejednokrotnie życie dowiodło, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju; czy doświadczenie nie wykazuje również, że prorocy czyli ludzie przyszłości, ci, którzy ją przeczuwają i przybliżają swoimi dziełami, nie są uznawani za proroków przez swych współczesnych?... (...) zamykając się wyłącznie w ramach fortepianu, Chopin - w naszym mniemaniu - dowiódł jednej z najistotniejszych zalet artysty: umiejętność właściwego wyboru formy, w jakiej dane mu jest osiągnąć najwyższą doskonałość (...) Ktoś inny, obdarzony równie wielkimi zdolnościami w dziedzinie melodyki i harmonii, nie oparłby się może kuszącemu śpiewowi smyczka, tęsknemu zawodzeniu fletu, ogłuszającym dźwiękom trąbki, całemu bogactwu orkiestry, w której wciąż uporczywie dopatruje się jedynie zwiastunki upragnionego uśmiechu starej bogini-Fortuny. Jakiejże głębokiej rozwagi wymagała decyzja, by ograniczyć się do pozornie tak jałowej gleby i mocą własnego geniuszu sprawić, że wbrew wszelkim oczekiwaniom rozwinęły się na niej tak wspaniałe kwiaty? Jakąż intuicyjną wnikliwość zdradza ów ekskluzywny wybór, który - wyrywając rozmaite efekty dźwiękowe poszczególnych instrumentów z ich zwykłej domeny, gdzie cała fala tonów rozbija się u stóp kompozytora - przenosił je w sferę bardziej ograniczoną, lecz ileż bardziej wysublimowaną? (...) O rozpowszechnianiu i populacji wszystkich dzieł (Chopina) zadecydowało uczucie, przepełniające je po brzegi. Uczucie w najwyższym stopniu romantyczne, indywidualne, właściwe ich twórcy, a tym niemniej miłe nie tylko krajowi, który zawdzięcza mu jeszcze jeden liść wawrzynu do wieńca swej chwały, lecz i tym wszystkim co może nigdy nie zaznali udręki wygnania i tkliwych uczuć miłosnych. (...) Do najpotężniejszych kompozycji Chopina należy wyliczyć Wielki Polonez fis-moll. Artysta włączył w jego ramy mazurek; innowację tę można by traktować jako kunsztowny kaprys karnawałowy (...) wplatając go w fantastyczną ewokację. Jest to jak gdyby opowiadanie snu w pierwszych promieniach szarego i mglistego świtu zimowego, snu po długiej bezsennej nocy snu-poematu, w którym mieszają się wrażenia i fakty całkowicie ze sobą nie powiązane, a dziwnie przechodzące jedne w drugie. (...) Mazurki Chopina - jeśli chodzi o ekspresję - różnią się znacznie od polonezów. Posiadają całkowicie odrębny charakter. Reprezentują zupełnie inny świat, w którym zamiast bogatych i soczystych barw pojawiają się odcienie subtelne, przymglone i zmienne. (...) Chopin wydobył na jaw całą głębię ukrytej poezji, jedynie lekko zabarwiającej oryginalne wątki mazurków ludowych. Zachował ich rytm, lecz uszlachetnił metodę, powiększył rozmiary i wprowadził do nich harmoniczne światłocienie (...) znalazł w tych melodiach niewyczerpalne źródło natchnienia, a jego twórczy trud i wielki talent wydobywały z nich cały ukryty blask. Szlifował te diamenty w tysiączne załamania skrzące się wspaniałymi ogniami i nie zatracając nawet najdrobniejszego pyłku, tworzył z nich prawdziwe klejnoty (...) Chopin wykonując swe utwory, wspaniale odtwarzał owe rozedrganie tonów, dzięki któremu spod palców jego płynęła melodia rozkołysana jak czółno tańczące na spiętrzonej fali. W rękopisach swych ów sposób interpretacji, nadający tak jedyny w swym rodzaju charakter jego grze, określał terminem "tempo rubato" - czas podkradany, przerywany, miara zmienna, gwałtowna i melancholijna jednocześnie, chwiejna jak rozchybotany na wietrze płomień (...) (...) Pochylmy głowy przed wszystkimi, (...) uczcijmy z głęboką czułością tych, którzy, jak Chopin, użyli owej wyższości jedynie na to, by dać życie i wyraz najpiękniejszym uczuciom".

[Franciszek Liszt o Chopinie]

 

Chopin jest talentem całkiem innej natury niż Liszt. Sądzę, iż aby móc ocenić go w pełni trzeba go słuchać z bliska, raczej w salonie niż w teatrze i oderwać się od wszelkich przyjętych wyobrażeń, nie można ich odnosić ani no niego, ani do jego muzyki. Chopin jako wykonawca i jako kompozytor jest artystą wyjątkowym. Nie przypomina w niczym żadnego ze znanych mi muzyków. Jego melodie, wszystkie przepełnione polskimi formami, mają coś z naiwnej surowości, co urzeka i zniewala samą swą dziwnością. W jego etiudach znajdujemy kombinacje harmoniczne o zdumiewającej głębi. Wymyślił on rodzaj chromatycznej ornamentacji odtwarzanej w licznych jego kompozycjach, której efektu nie da się opisać - tak jest ona niezwykła i oryginalna. Niestety, tylko Chopin potrafi grać swą muzykę i nadać jej ten oryginalny kształt, tę nieprzewidywalność, będącą jednym z jej głównych uroków. Jego wykonanie utkane jest z tysiąca odcieni tempa, którego sekret on tylko posiada i którego wskazać nie sposób. Jego mazurki pełne są niewiarygodnych szczegółów. Uczynił je w dwójnasób interesującym poprzez nadzwyczaj delikatne wykonanie na granicy piana, muskające struny młoteczkami tak, iż chciałoby się zbliżyć do instrumentu i nastawić uszu niczym ku koncertowi sylfów lub skrzatów.(...)[?]Muzyk jest człowiekiem rozdwojonym. Zna bowiem co najmniej dwa sposoby zapisu swojej myśli. Dwa sposoby, które nie mają ze sobą nic wspólnego do tego stopnia, że jakiekolwiek objaśnianie muzyki słowami, nawet fachowy opis muzykologa, nie jest w stanie dosięgnąć jej istoty. Moja próba dotyczy tylko ocalałych słów Chopina. Wiem, że w listach słychać zaledwie szum jego codziennej egzystencji. Wiem, że to co najważniejsze zamknął w swej muzyce i przekazał nam za pomocą pisma nutowego, ale mnie właśnie interesuje myśl Chopina umęczonego przez młyn życia, zanotowana między pracą nad partyturą a kolacją, przed wyjazdem na proszony wieczór, po kakao wypitym w samotny świąteczny poranek. Wiem, że jego listy są świadectwem nad wyraz skąpym, ale przecież wypełnione są po brzegi słowami samego Chopina (...) Cień jaskółki wabiący nas jak wybuch światła w ciemnicy wszechświata.

[Fragment książki Ryszarda Przybylskiego "Cień Jaskółki"]

Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (5 wejścia) tutaj!
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=